Od zawsze marzyłam, żeby polecieć do Chin.
Albo raczej, nie żeby polecieć, ale żeby tam być. Zobaczyć te wielkie miasta, ulice pełne ludzi, miliony skośnych oczek. Zawsze w pewien sposób mnie tam ciągnęło. Jakoś dwa lata temu wymyśliłam nawet, że pojadę tam stopem. Znalazłam osoby, które już to robiły, podpytałam ich o wiele rzeczy. Tak na prawdę mogłabym wtedy jechać, ale jakoś zabrakło mi odwagi i towarzysza podróży.
Znalazłam więc inny sposób. :)
Do Chin?! Skąd, jak i dlaczego?
Centrum Języka i Kultury Chińskiej UMK zorganizowało konkurs na projekt badawczy. Jak o tym usłyszałam to stwierdziłam "Eee, spokojnie... jest czas. Chociaż pewnie i tak się nie dostanę." No i coś tam napisałam, wymyśliłam, zmieniłam temat pracy licencjackiej nie pytając promotora o zdanie. Do tego poszło piękne podanie napisane z pomocą koleżanki (dzięki Emi!). Wysłałam dosłownie w ostatnich minutach możliwej aplikacji. No i JEST! Lecę do Hefei. Będę odbywać półroczne stypendium na Anhui University. Będę miała zapewniony akademik i kasę na życie. W tym momencie nie mam zielonego pojęcia czy to co mi dadzą starczy. Wszystko okaże się na miejscu. Bilety i wizę muszę ogarnąć sama.
Z tego co wiem, nikt nie będzie sprawdzał czy cele mojego wyjazdu zostaną zrealizowane, ale byłabym głupia, gdybym ich nie zrealizowała. Taki wyjazd to rewelacyjna okazja do napisania świetnej pracy licencjackiej, opartej na praktyce i doświadczeniu, a nie siedzeniu w bibliotece i przepisywaniu książek.
Stypendium dostało (chyba) 7 osób. Dwie (Jacek i Ola) poleciały we wrześniu i spędzą tam rok. Dwie dziewczyny (Kasia i Weronika) lecą razem ze mną. Marek doleci po około tygodniu (o ile się obroni ;)).
Co chwila dostajemy jakieś informacje i rady od Jacka i Oli. Jest to całkiem pomocne w przygotowaniach do wyjazdu.
Ale po jakiemu tam będziesz gadać?
No jak to "po jakiemu?!" - po chińsku! Tak, uczę się. Uczę się namiętnie od początku października i idzie bardzo ciężko. Tak na prawdę, w tym jedynym aspekcie dziękuję bogu, że złamałam nogę, bo zamiast latać jak szalona na siłownię, to ja siedzę wieczorami uziemiona i walczę z "krzaczkami".
Na UMK został zorganizowany kurs chińskiego. Cały kurs trwa rok i kosztuje około 1300 zł. Ja będę uczestniczyć w nim tylko przez pierwszy semestr, dlatego zapłaciłam 650 zł. W tygodniu mamy 2x1,5h zajęć. Jedne z Polakiem - Maciejem Szatkowskim, który jest też kierownikiem Centrum i rodowitą Chinką - Li Xiaohong. Mamy dwie książki. Jedną po polsku, drugą po angielsku. Myślę, że nauka idzie mi słabo. Cały czas muszę nadrabiać zaległości, douczać się, co chwila zapominam znaczki, albo ich wymowę. Wiem marudzę, sama się na to pisałam. Po prostu mam wrażenie, że mój mózg jeszcze nie do końca rozgrzał się w kwestii pisania znaków, czytania, wymowy i tłumaczenia. Czasem jest tak, że pamiętam jakiś znak w całości, a gdy zacznę go pisać to zapominam kolejnych części. No, ale to dopiero początki. Pomijając trudności - twierdzę, że całkiem nieźle czytam i ładnie tłumaczę. Gorzej z pisaniem :P
Aaale będziesz długo lecieć!
Bilety - to był dla mnie jeden z najbardziej nerwowych momentów do tej pory. Jakie wybrać, gdzie kupić, jakimi liniami, dokąd? Jak zrobić, żeby wybrać dobrze i czegoś nie pomylić?!
Zebrałyśmy się z Kasią i Weroniką u mnie w mieszkaniu w celu dokonania zakupów. Oczywiście na początku totalnie nie potrafiłyśmy znaleźć nic atrakcyjnego. Przeloty w dwie strony kosztowały około 2700 zł... Nam Pan Maciek powiedział, że mamy nie kupować za więcej niż 2200. Tak więc szukałyśmy i znaleźć nie mogłyśmy. Po paru smsach wymienionych z Panem Maćkiem, W KOŃCU! Naszym oczom ukazała się piękna oferta za całe 2264 zł w dwie strony. No to lecimy! Dane, numery, godziny... wszystko pięknie wpisane. Jeszcze jedno spojrzenie czy wszystko ok i... "O KURWA! Wybrałam złą datę!!!" No tak... przecież nie mogłabym obejść się bez przypału. Na moim komputerze w jednej przeglądarce miałam wyświetloną ofertę Kasi i moją (Kasia wraca w czerwcu). I o mały włos a kupiłabym bilet który skróciłby mój pobyt w Chinach o całe dwa miesiące. Na szczęście w porę się zorientowałam, naprawiłam błąd i.... i jeszcze chyba z 7 razy sprawdziłam czy wszystko jest ok. Ta pomyłka tak mi podniosła ciśnienie, że potem bałam się dokończyć zakupu. No, ale jakoś się udało. I tak oto 12 lutego o 15.10 wylatuję w podróż życia.
To jest na samym końcu świata.
O dziwo wcale nie! To tylko 7 godzin różnicy. Już teraz ustawiłam sobie dwa zegary w telefonie. Gdy większość moich znajomych będzie około 12:00 na zajęciach - u mnie będzie 19:00 i znając życie, właśnie będę gdzieś biegać. Nie jest tak źle!