wtorek, 25 lutego 2014

Kilka prawd o Chinach


1.       Tak, w Pekinie jest smog, jest cały czas szaro i jest jakby w ciemnej mgle. Totalnie przygnębiająco. Nie wyobrażam sobie jak ludzie żyją w tym mieście w takim ciągłym „zadymieniu?”, bo dymem potencjalny Polak by to nazwał. Tyle, że nie śmierdzi. W dzień spokojnie można patrzeć prosto w słońce, bo ledwo co świeci. Z tego co opowiadała nam pewna Polka (Ania) jest pewien stopień zanieczyszczenia powietrza przy którym w Paryżu przestają wpuszczać samochody do centrum itd. Zanieczyszczenie w Pekinie jest ponad 4 razy większe, niż te „kryzysowe” w Paryżu.
W Hefei jest trochę lepiej. Gdy jest słoneczny dzień to jest nawet jasno. Nie czuć tak bardzo tych zanieczyszczeń w powietrzu.
2.       Tak, chińczycy są obrzydliwi. Przynajmniej dla mnie. Już w samolocie się o tym przekonałam gdy po obiedzie rozpoczął się koncert bekania. Potem było już tylko gorzej. Chrochanie, wypluwanie jedzenia z powrotem na talerz, plucie gdzie popadnie. Nie widziałam jeszcze nikogo załatwiającego się w parku (może dlatego, że jest zima), a podobno jest to raczej na porządku dziennym. Ale np. w pksach stoją kosze – nie na śmieci, a na plucie.
3.       Tak, jest ogólny syf (jak na polskie standardy). Lokale w Hefei zbudowane są z byle czego. A to kawałek folii, a to drewno podtrzymujące dach, a to kawalek deski. Nie wyglądają zbyt fantastycznie. Na pierwszy rzut oka wręcz odrzucają. Dodatkowo, sprawdza się zasada „Nie patrz na dłonie chińczyka, bo nie zjesz”. Są po prostu brudne, z nieobciętymi paznokciami itd. Nawet gdy pojadę do centrum to pod wieżowcami stoją takie same „baraki” z jedzeniem.
4.       Tak, jak chińczyk zacznie gadać to nie kończy. Nie wiem co to jest. Nie wiem o co im chodzi. Ale oni mówią do mnie po chińsku, wręcz krzyczą, wyrzucają z siebie setki słów… i nie zdają sobie sprawy, że nie rozumiem?! Nawet gdy powiem po chińsku, że nie rozumiem to nic nie daje i chińczyk nawija dalej. Cóż… taki naród ;D
5.       Nie… chiński alkohol nie jest obrzydliwy. Przynajmniej ten który piłam ;D
6.       Tak… w KFC jest ryż… a w Mc Donaldsie pieczona kiełbaska. Ale są też normalne kanapki ;)
7.       Tak, sika się do dziury. Chociaż zdecydowanie nie nazwę tego taką dziurą jakie były kiedyś w Polsce. Jest to raczej toaleta w której sedes nie ma nóżki… albo taki jakiś mały brodzik nad którym się kuca. Masakra. Do tego się chyba nie przyzwyczaję. W akademiku mam normalny sedes, ale w Mc Donald’s jest już tylko dziura. Chociaż Ania mówiła nam, że dla niej jest to zdecydowanie lepsze rozwiązanie niż siadanie na kiblu niewiadomo gdzie. No i dobra, można przyznać jej rację. Większość kobiet i tak nie usiądzie w toalecie w lokalu.
8.       Rzeczywiście, większość jest mniejsza ode mnie. :P Ale zdarzają się też wyjątki. Spotkałam trochę chińczyków, którzy są wyżsi ode mnie. A zwracam na to uwagę!!!
I co najlepsze… Metro – wejście do wagonu jest tak niskie, że za każdym razem gdy wchodziłam to zahaczałam głową! :D
No i wcale nie jest tak, że wszyscy są chudzi, bo jedzą ryż. Spotkałam mnóstwo chińczyków którym co nie co się wylewało i nie wyglądali zbyt atrakcyjnie.
9.       Tak! Zdecydowanie jest popierdzielony ruch uliczny! Tutaj chyba totalnie nie ma żadnych zasad! Żadnego pierwszeństwa… no dobra… może i jest pierwszeństwo. Pierwszeństwo ma ten kto będzie pierwszy. Nic poza tym. Masz zielone? Idz! Masz czerwone? Też idz! Masz zielone i ktoś na Ciebie trąbi? Nie idź, bo zostaniesz rozjechany. Ktoś wychodzi na pasy, aby przejść na drugą stronę, nagle zaczynają jechać samochody. Co taki człowiek robi? Zostaje na środku ulicy i czeka. Dookoła jada samochody, rowery, skutery. Spoko, poczeka, może kiedyś przejdzie. Na skrzyżowaniach nie wiadomo kto ma jechać pierwszy. Jadąc taksówkami, za każdym razem nasz samochód lądował gdzieś między dwoma pasami, wpychał się gdzie popadnie, przejeżdżał obok innych samochodów prawie zahaczając lusterkiem.  I co w związku z tym? NIC. Po prostu trzeba się przyzwyczaić, że gdy pieszy wychodzi na ulicę, wcale nie znaczy, że nie zostanie rozjechany. A być kierowcą tu nie zamierzam. Chyba nawet bym się nie odważyła. ;)

10.   Tak, jest potrawa z psa. I to nawet w lokalu w którym jadam śniadanio-obiady. Nie macie co pytać czy spróbuję. Na pewno to zrobię! (o ile będzie mało glutowate :P)

czwartek, 20 lutego 2014

"U Pani" - czyli "restauracja" z daniem z psa.


Na bazarku czy jako to się tam zwie jadłam tradycyjne chińskie pierożki. Tzn. nie wiem czy były one tradycyjne, no ale takie jakie zawsze widziałam na zdjęciach z Chin. Strasznie tłuste, ale pyszne! Na prawdę! W sumie to są bardzo podobne do pierogów z Polski. Znając życie jakiś spec by się uśmiał, ale mi przypominają polskie pierogi.
Pierożki jeszcze na patelni.

A wiecie jak wygląda chiński kebab?
Oczywiście z ryżem! :D Raz Ola z Jackiem jedli go i dali mi spróbować. Wg mnie rewelacja. Mięsto, troche kapusty i innych warzyw i (chyba) smażony ryż. Naprawdę bardzo dobre i wszystkim polecam.


Kebab z ryżem 

A gdzie chodzimy najczęściej?
 „Do Pani” – do miejsca gdzie hmmm nie weszłabym nigdy w życiu w Polsce. Z resztą jeszcze wiele razy będę pisać, że gdzieś w Polsce nie chciałabym wejść, a tutaj to zrobiłam. Hm… cóż, wraz z ogarnięciem tego kraju, obniża się poziom rzeczy, które się robi. Nie ma innego wyjścia. Tak więc wracając do „Pani” – nasz ulubiony stół – z kręconą szybą na środku, na którą stawiamy kilka dań i każdy nabiera sobie ile chce i czego chce. Jest to rewelacyjna opcja, jak idzie się jeść w kilka osób (a tutaj właśnie tak się je). Oprócz dań które się zamawia, można sobie nałożyć do miski nieograniczoną ilość ryżu i dokładać go kiedy się chce. Za pierwszym razem zamówienia robili Jacek i Ola. Na stole pojawiły się dwie zupy. Jedna pomidorowa, druga taka niby na sałacie. Jak wygląda tutaj zupa pomidorowa? Jak woda zabarwiona na delikatny czerwony kolor z wrzuconymi pomidorami. Jest przeźroczysta i nikt w Polsce nie nazwałby tego zupą. Ale była bardzo smaczna! Druga zupa z wierzchu wyglądała jak rosół z wrzuconą kapustą pekińską. Chciałam bardzo ją zjeść, ale gdy zanurzyłam w niej łyżkę zobaczyłam kawałki mięsa, które wyglądały jak martwe płody, więc stwierdziłam, że sobie odpuszczę. Wszyscy oprócz mnie się nią zajadają… może i ja kiedyś się przemogę. Oprócz zup, jedliśmy też u Pani warzywa pokrojone w małe kawałki (bakłażana i ogórki), pomidora w jajku… czyli tak jakby jajecznicę ze zbyt dużą ilością jajek. Mięska – kurczaka z grzybami, wołowinę z ziemniakami i Kazacha … nie pamiętam czym jest Kazach, ale wyglądało jak małe pomarańczone kawałki mięsa. Jedząc je miałam ochotę się porzygać bo były w panierce przypominającej skórę kurczaka. Ale był tak smaczny, że musiałam zjeść! No i to co najlepsze – ziemniak! Dostaliśmy na talerzu pokrojonego w małe plasterki (mniejsze niż frytki) ziemniaka który był chyba podgotowany, ale nie do końca. Ma smak surowego ziemniaka, ale jest dużo bardziej miękki. Super! Naprawdę bardzo dobry. Najśmieszniejsze jest te połącznie…. Nakłądając sobie kilka dań do jednej miski z ryżem jest możliwość, że będę jadła ryż z ziemniakiem (od mięsa) i ziemniakiem pokrojonym. Abstrakcja? Może i tak. Ale smaczna! 

Menu

Każdy nakłada sobie michę ryżu.
Kuchnia u Pani Li



(W sklepie) Zachwycają mnie takie małe buteleczki fanty ;D
Chyba wyprodukowane specjalnie dla małych, chińskich rączek ;)

środa, 19 lutego 2014

JEDZENIE!


          Na pierwsze chińskie jedzenie wybrałyśmy się z dziewczynami jeszcze w Pekinie. Usiadłyśmy w lokalu, wybrałyśmy 4 dania. Karta zawierała zdjęcia potraw, więc nie było to dosłownie na chybił trafił, ale i tak nie wiedziałyśmy co zamawiamy. Jedzenie dostałyśmy po mniej więcej pół godziny. Wszystkie 4 dania były obrzydliwe, nie zjadłam praktycznie nic. Odruch wymiotny, glutowatość jedzenia, dziwne smaki… stwierdziłam, że chyba tutaj umrę z głodu.
          Kolejna próba była już następnego dnia pod okiem dwóch Chinek, które pokazały nam co możemy zjeść. Oczywiście był w tym wszystkim przekręt, bo zapłaciłyśmy za jedzenie dużo za dużo. Dopiero po całym spotkaniu z tymi dziewczynami stwierdziłam, że wszystko było ustawione. Czytałam o tym już wcześniej. Szłyśmy sobie w okolicach Muzeum Narodowego w Pekinie, nagle złapały nas jakieś dziewczyny i zaczeły gadać. O tym co tutaj robią, skąd my jesteśmy blablabla. My bardzo głodne spytałyśmy ich same czy nie znają jakiegoś miejsca Powiedziały, że możemy poszukać… nagle gdzieś weszłyśmy, potem zafascynowane tym, że jedzenie zajebiste siedziałyśmy i piłyśmy z nimi herbatę… no i się okazało, że musimy zapłacić duuużo za dużo. Klasyczna ustawka z lokalem, do którego Chinki mają ściągać turystów. No i dałyśmy się zrobić w jajo. Cóż, człowiek uczy się na własnych błędach.
          Wracając do jedzenia – kolejne posiłki jadłam już w Hefei. Jacek i Ola ogarniają tutaj co jeść, a czego nie, więc było zdecydowanie łatwiej. Pierwsza opcja – grill. Oczywiście na ulicy. Podchodzi się do wielkiego stołu, który zastawiony jest najróżniejszymi szaszłykami. Od tofu, przez warzywa, po mięsko, ryby, chleb i bakłażana.


Wiedząc, że pewnie połowa mi nie będzie smakowała, wzięłam tylko kilka. Najlepsze jest to, że podchodzimy z tymi wybranymi rzeczami do grilla, dajemy je chińczykowi, a on skubany pamięta kto co brał i kładzie wszystko razem!!! Nie wiem, jak to jest możliwe, ale wszyscy dostaliśmy na tackach dokładnie to co chcieliśmy. 
przed

i po (chleb, fasolka,cebula i chyba tofu)















   
A jak wrażenia?

Mięso super, fasolka fantastyczna, grzyby takie sobie, chleb rewelacyjny, głony – jak to glony… glonowate. Za pierwszym razem nadal towarzyszył mi odruch wymiotny podczas jedzenia. Przez to do jakiego jedzenia jesteśmy przyzwyczajeni. I przez to w jakich warunkach jemy, jedzenie tutaj staje się jedną wielką porażką. Wszystko co tutaj całkiem nieźle smakuje, ma konsystencję gluta, wygląda brzydko, często śmierdzi, jest strasznie tłuste. Np. w Polsce nigdy w życiu nie spróbowałabym mięsa, które jadłam tutaj z grilla. A tu… jako, że coś muszę jeść i jakiejś składniki odżywcze dostarczać organizmowi, to muszę przełknąć L Pierwszy dni pod tym względem były tragiczne. Dwa posiłki dziennie, w większości nie dojedzone i wieczne poczucie obrzydliwości.


Na szczęście, teraz jest już lepiej. Mam nawet jakieś 4 ulubione rzeczy do jedzenia. Jednego dnia poszliśmy na obiad na coś w stylu bazarku z jedzeniem. Oczywiście, wszystko to stoiska z makaronami, ryżami, grillami itd. Najlepsze na świecie kurczaki spotkałam właśnie tam. 5 juanow i jestem najedzona małymi kawałkami kurczaka w panierce.

Więcej o jedzeniu później, bo jest tutaj tyle jedzenia, że nie sposób wszystko opisac ;D

Jacek i Ola

Tydzień w Chinach


Jakie jest wrażenie po tygodniu? Dość ambiwalentne.

Jedna część mojej głowy strasznie cieszy się, że tu jest. Jest ciekawa tego świata, tych ludzi, tych miejsc. Tego czego jeszcze nie zna. Chce codziennie chodzić jeść coś innego, chce odkrywać nowe rzeczy. Chce przyglądać się ludziom którzy tutaj żyją. Ta strona nie tęskni za Polską, bo wie, że to jest jedyna, najprawdopodobniej ostatnia szansa, żeby poznać TAKI kraj, tak dogłębnie. To ona będzie jeździła na wycieczki, zwiedzała, uczyła się i cieszyła się tym co tutaj zobaczy. I wykorzysta ten czas najlepiej jak tylko potrafi, bo tutaj jest tak inaczej, że aż zajebiście!

Jest niestety też druga strona mojej głowy. Którą obrzydza większość tego co do tej pory zobaczyła. Która nie chce jeść w tych brudnych miejscach, nie lubi tego jedzenia i nie chce tu żyć. Ta część jest trochę mniejsza od tej pierwszej, ale jednak jest. Ta część odzywa się w najmniej oczekiwanych momentach i najchętniej schowałaby się pod kołdrę i nie wychodziła. Ta część czuje, że ten kraj jest jakiś popierdolony. Obcy i nie fajny. Tak inny od naszej polskiej codzienności, że aż przerażający.


Któregoś dnia rozmawialiśmy z Olą i Jackiem, że tak naprawdę, przed naszym wylotem nic nam nie powiedzieli o tym stypendium. Chyba Ola odpowiedziała wtedy, że po 1. i tak byśmy im nie wierzyli, a po 2. przecież nie da się opisać tego jak tu jest. I dokładnie takie uczucie mi teraz towarzyszy. 

Brak mi słów zarówno tych złych jak i tych dobrych. 

Hard uczing.

Jestem dzisiaj po drugim dniu lekcyjnym. Wczoraj dostaliśmy 6 książek. Poczułam się jak dziecko w podstawówce, które właśnie kupiło nowy zestaw książek i przegląda je z ciekawością czego to się nie nauczy. Miałam tak samo… z resztą nadal mam. Podniecenie nauką spada mi tylko w momencie, kiedy się za nią biorę hahaha :D Na lekcjach – gdy nic nie rozumiem, i gdy zaczynam się uczyć – bo jeszcze mój mózg się nie rozgrzał. Albo raczej nie powrócił do stanu używalności po sesji, pakowaniu, locie i ekscytacji nowym krajem.
]
zadanko

Hm, nawet nie wiem jak określić to jak się czuję na zajęciach. Grupa jest mocno do przodu. Nauczyciele napieprzają cały czas po chińsku jakbyśmy wszyscy wiedzieli o co chodzi. No dobra… może połowa grupy ich rozumie. Druga połowa z pewnością NIE. Wczoraj mieliśmy eee zajęcia, gdzie uczymy się nowych słówek, a potem gramatykę. Dziś słuchanie i gramatykę. (W planie mam jeszcze gadanie) Słuchanie było najgorsze. Nie rozumiałam totalnie NIC. Złapałam depresję i zaczęłam po prostu uczyć się czegoś innego, bo stwierdziłam, że szkoda czasu na wysilanie słuchu i komórek mózgowych, gdy i tak nic nie wiem. Na gramatyce jest trochę lepiej, ale i tak jest ciężko, bo bardzo wielu słów nie znam. Czeka mnie taki zapierdol o którym mi się nie śniło. A wspomnę tylko, że jak już tutaj jestem i mam taką możliwość to chcę się nauczyć tego chińskiego chociaż komunikatywnie. (Cokolwiek to znaczy)
Ola i Jacek są tutaj od października i z tego co widzę, to Jacek sobie zajebiście radzi. Nawet mówił dziś, że ogarniał na tym słuchaniu zadania. Poza tym wczoraj byłam świadkiem przeprowadzonej przez niego rozmowy telefonicznej po chińsku. Może to nie były zbyt długie zdania, ale ogarnął że kurier na niego czeka, gdzie, co i jak. No i zamawia jedzenie mówiąc po chińsku… Czy to znaczy, że umie już chiński „komunikatywnie”? :P
Co do zamawiania to też powoli ogarniamy z dziewczynami. W sumie słowniki mamy cały czas przy sobie, a powiedzieć, co chcę, czy małe czy duże i czy ostre czy nie to nie taki wielki problem. Szczególnie o tym ostrym musimy pamiętać, bo Chińczycy z reguły robią ostre, więc zawsze trzeba mówić, że nie ostre. 
Z tego co wiem moja współlokatorka Ephin też jest tutaj jakoś od września i widzę, że ten chiński ogarnia. Przynajmniej mówi, że ogarnia ;D Jak ona ogarnia, to i ja będę ogarniać! Muszę.

Recepcja


wtorek, 18 lutego 2014

Jak to wszystko wygląda w Hefei?



        Przyjechałyśmy do miasta w ciągu dnia, odebrał nas Jacek z dworca i już tam byłyśmy w szoku z powodu ilości ludzi, którzy kręcili się wokół nas. Było ich mnóstwo!!! Kolejka do taksówek osiągnęła taką długość, że musielibyśmy stać i czekać ze dwie godziny (a taksówki podjeżdżały i odjeżdżały cały czas). Tak więc udaliśmy się trochę dalej, aby taksówkę złapać na ulicy. Po 5 minutach stania spakowaliśmy się w dwa samochody (oczywiście nie taksówki) i pojechaliśmy na kampus. To jest całkiem specyficznie, ale w Chinach jeżdżą po mieście samochody, którzy zatrzymują się ludziom łapiącym taksówkę i zabierają ich za wcześniej uzgodnioną kwotę. To byłoby bardzo ciekawe dla ludzi w Polsce, którzy lubią jeździć samochodem po mieście ;D Np. W Płońsku dużo samochodów błąka się ulicami miasta jeżdżąc w kółko. Gdyby istniał u nas motyw łapania taksówek tak jak autostopa, to „nocni jeźdźcy” na pewno zwróciliby sobie za benzynę ;D
widoczki z okna pokoju
     

        No, ale wracając do kampusu… dojechaliśmy, poszliśmy do recepcji. Tam czekała już na nas Pani, która oczywiście po angielsku nie mówiła. Ona do nas swoje, my do niej swoje. Wspomnę tylko, że taki chińczyk jak zacznie gadać to nie kończy, wręcz wykrzykuje do Ciebie setki słów na minutę, a Ty stoisz, patrzysz i nie masz zielonego pojęcia o co chodzi. Po kilku zdaniach Jacka i niewielkiej pomocy pewnego kogoś kto nagle zjawił się i mówił po angielsku – dostałyśmy pokoje!!! Wchodzę do mojego… hmm, gdybym nie była wcześniej w toruńskich akademikach to byłabym przerażona. Te nie są może najgorsze… ale super też nie są. Tym bardziej gdy zobaczyłam kołdrę pod którą mam spać… Nie chcecie wiedzieć jak wyglądała. Lepiej o tym nie opowiadać. No więc pokoje… mam pokój z 19-letnią dziewczyną z Indonezji. Dokładnie z Papua. Ma na imię Ephin i wygląda mniej więcej jak Lilo z Lilo i Stich. Mała, pulchna i z ciemną karnacją. Początki były straszne. Przerażenie związane z pokojem, nie działające ogrzewanie, syf, jedzenie na mieście, lokale które wyglądają gorzej niż stołówka budowana z żerdek na obozie harcerskim… i jeszcze to, że Ephin nie zbyt dobrze mówi po angielsku. Ale wszystko powolutku się ustabilizowało. W pokoju mam już w miarę ciepło. W momencie kiedy do niego pierwszy raz weszłam było mi zimno nawet w grubej bluzie i rajstopach pod spodniami. W sumie mogło to wynikać z mojego zmęczenia, jetlagu itd. Teraz jest już ok. Kupiłam sobie też pościel, w której powiedzmy, że czuję się dobrze. Jest piękna i to jest najważniejsze. Czuję się chociaż jak w łóżku, a nie jak w syfie, którego boję się dotknąć, bo coś złapię albo spotkam jakiegoś robaka. Z Ephin przeprowadziłam już nawet kilka dłuższych rozmów, chociaż ciężko idzie no, ale mam nadzieję, że będzie lepiej. Opowiedziała mi o swojej rodzinie i o Bali (tak, tak, ogarniam sobie miejscówę na wakacje ;D), a najlepsze jest to, że dla niej tutaj jest drogo. Jak to usłyszałam to byłam  szoku, ponieważ jak na Polskie zarobki to codzienne życie w Chinach jest bardzo tanie. Jedno śniadanie na mieście można spokojnie zjeść za 5 zł i naprawdę się najeść. Ja np. wczoraj zjadłam kolację za 2,5 zł. Jadłam kurczaka w panierce smażonego na oleju. Może większy człowiek niż ja (tzn szerszy :P) by się nie najadł, ale mi spokojnie starczyło. No więc wracając do tego, że dla Ephin jest tutaj drogo… jak musi być u niej w Indonezji?! Albo… jaki jest dochód jej rodziny skoro tutaj jest drogo?! :/ Bardzo mnie to przeraża, że istnieją kraje w których jest większy syf niż tutaj. I że ludzie z tych krajów przyjeżdżają tutaj i cieszą się, że jest luksus. Niestety… ja przyzwyczajona do ładnych wnętrz, jedzenia w lokalu gdzie można zdjąć kurtkę, bo jest ciepło, do czystych ludzi i czystych pomieszczeń… czuję się tutaj mocno nieswojo. Chociaż coraz bardziej przywykam…

Polskie urządzenia mobilne kontra chińskie. 

Moje łóżko. Zdjęcie miało być dla mamy,
żeby pochwalić się pościelą :P 

W ciągu dnia bazarek na którym jemy jest pusty.
Wszystko rozkręca się około 16.00.



Sklep "Wszystko i nic".


poniedziałek, 17 lutego 2014

Ni hao Beijing!


           No to jesteśmy, wylądowałyśmy bardzo pięknie, bardzo ładnie, w bardzo mglistym (albo zaczadziałym) Pekinie. Wszystko zgodnie z planem. Wpuścili nas do kraju (woooho!). Jeszcze w samolocie troszkę zmusiłam się do snu. Przespałam około 4 godzin po czym obudziło mnie śniadanie czyli dziwna bułka z wędliną i serem. Zjadłam, ale była tak samo plastikowa jak obiad. Chociaż ciepła! :D
Po wylądowaniu naturalnie odbiór bagaży, łazienka, wymiana kasy na juany. Tak jak nas wszyscy ostrzegali podchodzili do nas ludzie na lotnisku, a to że wymienią nam kasę, a to że zawiozą taksówką. Kupiłyśmy kartę do telefonu (tutaj chyba zostałyśmy trochę oszukane, ale nie było innego miejsca do kupienia karty sim, której bardzo potrzebowałyśmy). Kupiłyśmy ją w końcu od babeczki która je sprzedawała :/ Weronika ogarnęła wcześniej dwóch chłopaków z couchsurfingu z którymi w razie czego miałyśmy się kontaktować, żeby przekimać dwie/trzy noce w Pekinie. Dodzwoniłyśmy się, koleś wysłał nam adres oczywiście po chińsku. Zero ogarnięcia, poszłyśmy na parking dla taksówek po czym od razu podleciał do nas koleś i patrząc na adres pod który mamy pojechać rzucił „600 yuanów”. Dobrze, że wcześniej w jakimś punkcie dla turystów zorientowałyśmy się jak daleko to jest i ile będzie trzeba zapłacić, bo kilka chwil później próbowałyśmy dogadać się z „normalnym” taksówkarzem czy zawiezie nas za 100 yuanów. Szkoda, że tego nie nagrałam. Darł się do nas po chińsku jakbyśmy cokolwiek rozumiały. My zielone, one zielony (albo raczej żółty ;)), nikt nic nie wie. Na szczęście podeszło do nas dwóch ochroniarzy, którzy mówili po angielsku. Trochę nam pomogli, ale zanim pomogli, wszyscy trzej chińczycy przekrzykiwali się, a ja stojąc z walizką nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Jak na bazarze! Albo jak na stadionie dziesięciolecia jeśli ktokolwiek z Was pamięta. No, ale dobra, w końcu się udało, walizki spakowane, my w taksówce. Jechałyśmy nią około 40 minut. Zapłaciłyśmy 110 yuanów. Mogłyśmy dać 100, ale już stwierdziłyśmy, że damy pierwszej i ostatniej tutaj osobie napiwek. Niech się cieszy z Polaczków. Po 40 minutach byłyśmy pod pracą naszego coucha. Wyszedł do nas i powiedział „ufam Wam, daję wam klucze do mieszkania, taksówka Was zabierze”. Hmmm… nieźle! No to pojechałyśmy. 10 minut i byłyśmy na miejscu. Weszłyśmy do budynku, znalazłyśmy klatkę, windę, jedziemy na górę, wchodzimy do mieszkania, a tam co? PUSTO. Dosłownie. Zero łóżka, zero jakichkolwiek mebli, my przerażone. O CO CHODZI?! Dzwonimy do gościa, a on że w mieszkaniu powinna być kanapa i stolik i dywan, i że mieszkanie w którym jesteśmy na pewno nie jest jego. W tym mieszkaniu zdecydowanie nie było NIC. Szybko stamtąd uciekłyśmy twierdząc, że lepiej uciekać, żebyśmy nie miały problemu jakiegoś. (Weronika: Jak opiszesz w blogu, że stoję teraz i czyszczę kurtkę!!!! Ja: To co? W: To nic! Na razie! :P)

I jak tu nie dostać zawału?!



Wracając do mieszkania. Okazało się, że klatki A i B były łączone. Skręciłyśmy po prostu w złą stronę i trafiłyśmy do mieszkania 903 w klatce B, a nie w klatce A. Dotarłyśmy na miejsce no i rzeczywiście jest kanapa, jest dywan. Wszystko tak jak być powinno. Nawet kibel na pilota. Taki jak na stacjach benzynowych przy autostradach :P Jest całkiem spoko, będzie ok. ;D Dzisiaj zamierzamy jechać po bilety do Hefei i trochę tutaj pozwiedzać. Jak na razie nie mam Internetu, bo nawet nie wiem czy ten chłopak ma tutaj wifi.

Widok z okna

Widok z taksówki. Budynek CCTV (KLIK)






CZWARTE NIEBO


Gdy siedziałam już tak w tym wielkim beoingu (tak to się pisze?!), patrzyłam na olbrzymie skrzydła i zastanawiałam się jak to możliwe, że tak wielki moloch wznosi się w powietrze. Przecież to jest olbrzym! Ile siły trzeba, żeby to się wzniosło, a co dopiero doleciało do CHIN?! Jest to dla mnie totalnie nie wyobrażalne.
Po lotach mniejszymi samolotami miałam wrażenie, że samolot do Chin wystartuje tak, że nawet nie poczuję, że się wznosimy. I praktycznie tak też było! Wzniosłam się w niebo po raz czwarty w życiu. Adrenalinka podskoczyła mi tylko w momencie kiedy na samym początku wszystko się włączyło i ruszyliśmy po pasie startowym. Potem jak już jechaliśmy i jak się wznosiliśmy prawie nic nie czułam. Fizycznie oczywiście. W sercu miałam uczucia tak skrajne, że aż przerażające. Nienawidzę takiej mojej wrażliwości. No ale wznoszenie się w powietrze jest dla mnie tak cudownym momentem, że aż się popłakałam. Zobaczyłam (już po zmroku) oświetlnone ulice, domy, budynki po czym zaczęliśmy wlatywać w chmury które były jeszcze piękniejsze. W pewnym momencie widziałam na górze księżyc i gwiazdy a poniżej chmury przez które przebijały się oświetlone austriackie miasteczka. Piękno samo w sobie. Chyba nic mnie tak nie wzrusza jak bycie „w niebie”.

Ten widok zastał mnie, gdy się obudziłam. Miałam wrażenie, że to sen. 
W poprzednim locie było trochę więcej adrenaliny związanej po prostu z jakością i wielkością samolotu. Było głośno, wszystko się trzęsło, czułam jakby samolot miał się zaraz rozpaść. Ale cieszyłam się jak dziecko! Ledwo siedziałam w fotelu z tej ekscytacji! :D Naprawdę było wspaniale! Gdy z oczu zniknęła nam warszawa, wlecieliśmy w białe chmury! Wtedy to dopiero było jak w niebie!

Pamiętam jak pierwszy raz leciałam samolotem, wtedy też się prawie popłakałam. Leciałam sama, byłam na maksa zdenerwowana, a jak poczułam, że lecę, zobaczyłam jak wlatuję w chmurach to nerwy totalnie odpuściły.

sobota, 15 lutego 2014

19.46 czasu polskiego (lot do Pekinu)

          Dostaliśmy jedzenie. Zostałam zapytana czy chcę beef czy fish. Wybrałam beef. Pan koło mnie wybrał fish. (O Jezu własnie zaczyna mnie boleć brzuch). Na talerzu dostałam „coś” przykryte folią aluminiową, sztućce, sól, cukier, deser, olej i eee wode?! Nic nie rozumiem. „Coś” oznaczało pure, mięsko (nie mam pojęcia czy kiedyś koło mięsa leżało) i szpinak z groszkiem. W pierwszym momencie pomyślałam, że jest całkiem ok… mniej więcej w połowie jedzenia doszło do mnie, że wszystkie 3 części smakują w taki sam sposób – plastikiem L No cóż… Zjadłam, bo głodna byłam. Ale najwspanialszy obiad na świecie to nie był. Dodam, że pan koło mnie dostał rybkę z ryżem i gotowanymi warzywami. Jestem mega ciekawa czy tak samo smakowało jak moje „mięsko”.



          O! Zaczyna się bekanie i chrząkanie! Chińczycy mają to do siebie że plują, bekają i wydają wszelkie inne dźwięki na które cała moja rodzina jest „uczulona”, dlatego też jest dla mnie mega dziwne gdy ktoś robi coś takiego. Pan koło mnie bez skrępowania wypluł część jedzenia na talerz, ktoś za mną na maksa siorbie herbatę, gdzieś słychać bekanie. No cóż. Trzeba będzie się przyzwyczaić. 

piątek, 14 lutego 2014

18:46 czasu polskiego, 1:46 czasu chińskiego (Podczas lotu Wiedeń – Pekin)

          Siedzę w samolocie, całkiem mocno huczy, ale już nie tak jak na trasie Warszawa-Wiedeń. To był dopiero lot! Samolot wielkości trochę większego autobusu, dwa rzędy siedzeń po dwa miejsca. Ja siedziałam z Weroniką, Kasia z tyłu. Jako, że kocham latać – bardzo mi się podobało. Na maksa wręcz! Samolot cały się trząsł! Od pierwszej chwili wiedziałam, że będzie super. No i było – piękne widoki, białe chmury rozświetlone przez promienie słońca. Niestety słońce było z przodu samolotu. Chociaż, może to i dobrze, bo nie raziło nas w oczy. Jak tak sobie patrzyłam na śrubę (która była zaraz koło mnie! KLIK)  całą w promieniach słońca, pomyślałam, że tam gdzieś w kabinie pilota, musi siedzieć meeega przystojny mężczyzna w okularach pilotkach. Na 100% w tych pięknych promieniach słońca brałby go ;D A wracając do lotu – godzinka minęła bardzo szybko, dostałyśmy słodycze, ja wzięłam sobie colę. Mogłyśmy wziąć jeszcze praktycznie wszystko inne łącznie z winem. O wódkę nie pytałam (ale zapytam! :P) 

We Wiedniu poszło nam szybko i sprawnie, od razu dotarłyśmy do bramki przy której roiło się od Chinoli. Zobaczyli nasze wizy i poszłyśmy czekać na lot. Kasia była strasznie głodna więc poleciała kupić sobie kanapkę… Nie skomentuję ile zapłaciła. Ale cóż, czasem tak bywa, że trzeba zapłacić trochę dużo za zwyczajną usługę. Tak jak zapłaciliśmy z Rafałem za nocleg w Amsterdamie bez którego chyba byśmy tam umarli na dworcu. A w ogóle! Nie wspomniałam o tym, że spotkałyśmy 4 dziewczyny, które z Polski też lecą do Pekinu! Są z Rzeszowa i lecą na wymianę w okolice Szanghaju. Mam nadzieję, że jeszcze je tu gdzieś spotkam, to może kiedyś umówimy się w Chinach na Polskie picie chińskiej wódki ;) No więc jak już zostałyśmy zawołane do samolotu, no to poszłyśmy :P Tym razem nie jechałyśmy żadnym autobusikiem (podczas pierwszego lotu jechałyśmy autobusem po lotnisku do samolotu), prosto z lotniska, tunelikiem poszłyśmy do samolotu. Całkiem fajne to było. Zawsze o tym marzyłam. W filmach nie ma przecież żadnych autobusów i podróży po lotniskach. Zawsze idzie się takim tunelikiem czy jak to się tam zwie (mam wrażenie że rękaw?!) prosto do samolotu. I tak też poszłyśmy. Weszłyśmy przez pierwszą klasę, po czym Weronika walnęła tekstem „A trzeba było wziąć pierwszą klasę!” …tiaa, szerokie siedzenia, mnóstwo miejsca dookoła, napoje na wejście, poduszeczki, kocyki, telewizory. Żyć nie umierać. Miałam nadzieję, że u nas nie będzie gorzej. Dotarłam do miejsca w którym siedzę i stwierdziłam, że jest zajebiście. Też mam telewizor, wiedziałam, że też dostanę jedzonko… i też mam kocyk i poduszkę.





Jak już się usadowiłam na miejscu, to myślałam, że wielka szkoda, że nie mam miejscówki razem z dziewczynami. No, ale niestety, jak się człowiek zorganizować nie potrafi to wychodzą takie kwiatki. Obok mnie jest miejsce wolne z którego się cieszę, a dalej siedzi pan Chińczyk, który czyta chińskie gazety i ogląda sobie film! A właśnie! Co do filmów! Na telewizorku mogę oglądać sobie filmy, seriale. I to całkiem świeże! Jest About time, jest Last Vegas… jest Gra o tron i Suits. Trochę parsknęłam śmiechem gdy zobaczyłam, że jest też Grawitacja. Dużo o tym filmie słyszałam… ktoś stwierdził, że jest to najnudniejszy film ever. Leci, leci, leci… widać ziemię, leci… coś się spierdoliło, leci, leci…. I tak dalej ;D Może obejrzę! :D Można tez słuchać sobie muzyki! Jest mnóstwo albumów. Człowiek który byłby tu bez książki, gazety, telefonu, kompa, czegokolwiek, na pewno by się nie nudził. Hahaha właśnie stopa przymarzła mi do granicy między podłogą, a ścianką samolotu! :D Siedzę w różowych kapciuszkach, które dostałam od siostry i ogólnie jest ciepło. Najwidoczniej jakieś malutkie przewiewy są.

Dodam, że temperatura na tej wysokości to -62 stopnie!!! A lecimy z prędkością 1023 km/h

Jedzenie przyszło… muszę jeść! :D





środa, 12 lutego 2014

ready, steady, go!

       

            Zostało mi mniej więcej 14 godzin do wylotu. Czy jest stres? Praktycznie nie ma. Pewnie będę miała problemy z zaśnięciem, ale to raczej przez litr coli, który dziś wypiłam ;)
Pakowanie walizek było okropne. NIE DA SIĘ spakować porządnie na pół roku w jedną walizkę mającą ważyć 23 kg i w drugą, podręczną, 8 kg. Jeszcze ta 8 jest ok. Ale 23?!?!? Ledwo waciki wcisnęłam i już koniec. Ostatecznie totalnie nie brałam letnich ciuchów, nie mam żadnych letnich butów, nie mam połowy kosmetyków, które chciałam wziąć... i ograniczyłam się z biżuterią. Buty do biegania, leginsy, sportowy biustonosz i kostium kąpielowy oczywiście się zmieściły. Nie byłabym sobą gdybym nie odwiedziła basenu w Chinach ;D 
Niestety nie jestem w stanie do walizki wepchnąć więcej, niż pół litra wódki. Tzn... może i bym dała radę, bo walizki nie mam mocno wypchanej. Tyle tylko, że jej waga już jest wystarczająca i nie mogę dokładać więcej, bo boję się, że mi walizka na odprawie nie przejdzie. Jak to dziadek powiedział mi dziś przez telefon "Pokaż tym Chińczykom jak się pije!". Z półlitrową butelką dużo nie pokażę, ale w zupełności to wystarczy ;)

Co do pieniędzy... z tego co czytałam najlepiej wziąć dolary i w Chinach wymienić je na yuany. Nie mam pojęcia ile czasu minie, aż dostanę pierwsze stypendium. Lepiej być przygotowanym na różne okoliczności. 
"a dollar is what I need"  :P
          Podekscytowanie narasta z każdą chwilą, myślę o tym jak to będzie we Wiedniu na przesiadce, o tym co będę robić w samolocie, "wypożyczam" sobie właśnie kilka filmów z otchłani internetu, z dysku zewnętrznego wrzuciłam parę starych bajek Disneya (dzięki Szałek!), które uwielbiam. Obok mnie cały czas leży kartka na której co chwila zapisuję głupoty typu "nie zapomnieć o pomadce!" albo "jak się zmieści to wziąć poduszkę!". Półtora roku temu jak leciałam do pracy do UK to kupiłam sobie koc. Uwielbiałam go, był cieplutki i zajmował minimalną ilość miejsca. Idealny na podróże. Niestety zostawiłam go w Toruniu. Mówiąc o tym mamie, nie sądziłam, że zrobi cokolwiek... a ona parę godzin później przywiozła do domu nowiutki, cieplutki kocyk. Jest tylko jeden problem. Jest on RÓŻOWY... a w dodatku w serduszka! "Ja jebię" chciałoby się rzec. Ale mama chciała dobrze. Tak więc różowy kocyk leci ze mną do Chin, aby nadać mojemu wyjazdowi chociaż trochę domowego ciepła.   
          Strasznie jestem ciekawa tego co będzie jak już dolecę do Pekinu. Najchętniej nagrywałabym każdą sekundę wyjazdu. Już teraz wiem, że dziewczyny będą marudzić, że robię im co chwila zdjęcia :P Już chcę bardzo tam być! I zobaczyć czy na prawdę będę najwyższa na świecie!