Dostaliśmy jedzenie. Zostałam
zapytana czy chcę beef czy fish. Wybrałam beef. Pan koło mnie wybrał fish. (O
Jezu własnie zaczyna mnie boleć brzuch). Na talerzu dostałam „coś” przykryte
folią aluminiową, sztućce, sól, cukier, deser, olej i eee wode?! Nic nie rozumiem.
„Coś” oznaczało pure, mięsko (nie mam pojęcia czy kiedyś koło mięsa leżało) i
szpinak z groszkiem. W pierwszym momencie pomyślałam, że jest całkiem ok… mniej
więcej w połowie jedzenia doszło do mnie, że wszystkie 3 części smakują w taki
sam sposób – plastikiem L
No cóż… Zjadłam, bo głodna byłam. Ale najwspanialszy obiad na świecie to nie
był. Dodam, że pan koło mnie dostał rybkę z ryżem i gotowanymi warzywami.
Jestem mega ciekawa czy tak samo smakowało jak moje „mięsko”.
O! Zaczyna się bekanie i chrząkanie! Chińczycy mają to do
siebie że plują, bekają i wydają wszelkie inne dźwięki na które cała moja
rodzina jest „uczulona”, dlatego też jest dla mnie mega dziwne gdy ktoś robi
coś takiego. Pan koło mnie bez skrępowania wypluł część jedzenia na talerz,
ktoś za mną na maksa siorbie herbatę, gdzieś słychać bekanie. No cóż. Trzeba
będzie się przyzwyczaić.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz