sobota, 15 lutego 2014

19.46 czasu polskiego (lot do Pekinu)

          Dostaliśmy jedzenie. Zostałam zapytana czy chcę beef czy fish. Wybrałam beef. Pan koło mnie wybrał fish. (O Jezu własnie zaczyna mnie boleć brzuch). Na talerzu dostałam „coś” przykryte folią aluminiową, sztućce, sól, cukier, deser, olej i eee wode?! Nic nie rozumiem. „Coś” oznaczało pure, mięsko (nie mam pojęcia czy kiedyś koło mięsa leżało) i szpinak z groszkiem. W pierwszym momencie pomyślałam, że jest całkiem ok… mniej więcej w połowie jedzenia doszło do mnie, że wszystkie 3 części smakują w taki sam sposób – plastikiem L No cóż… Zjadłam, bo głodna byłam. Ale najwspanialszy obiad na świecie to nie był. Dodam, że pan koło mnie dostał rybkę z ryżem i gotowanymi warzywami. Jestem mega ciekawa czy tak samo smakowało jak moje „mięsko”.



          O! Zaczyna się bekanie i chrząkanie! Chińczycy mają to do siebie że plują, bekają i wydają wszelkie inne dźwięki na które cała moja rodzina jest „uczulona”, dlatego też jest dla mnie mega dziwne gdy ktoś robi coś takiego. Pan koło mnie bez skrępowania wypluł część jedzenia na talerz, ktoś za mną na maksa siorbie herbatę, gdzieś słychać bekanie. No cóż. Trzeba będzie się przyzwyczaić. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz