Przyjechałyśmy do miasta w ciągu dnia, odebrał nas Jacek z
dworca i już tam byłyśmy w szoku z powodu ilości ludzi, którzy kręcili się
wokół nas. Było ich mnóstwo!!! Kolejka do taksówek osiągnęła taką długość, że musielibyśmy
stać i czekać ze dwie godziny (a taksówki podjeżdżały i odjeżdżały cały czas).
Tak więc udaliśmy się trochę dalej, aby taksówkę złapać na ulicy. Po 5 minutach
stania spakowaliśmy się w dwa samochody (oczywiście nie taksówki) i
pojechaliśmy na kampus. To jest całkiem specyficznie, ale w Chinach jeżdżą po
mieście samochody, którzy zatrzymują się ludziom łapiącym taksówkę i zabierają
ich za wcześniej uzgodnioną kwotę. To byłoby bardzo ciekawe dla ludzi w Polsce,
którzy lubią jeździć samochodem po mieście ;D Np. W Płońsku dużo samochodów
błąka się ulicami miasta jeżdżąc w kółko. Gdyby istniał u nas motyw łapania
taksówek tak jak autostopa, to „nocni jeźdźcy” na pewno zwróciliby sobie za
benzynę ;D
 |
| widoczki z okna pokoju |

No, ale wracając do kampusu… dojechaliśmy, poszliśmy do recepcji. Tam czekała
już na nas Pani, która oczywiście po angielsku nie mówiła. Ona do nas swoje, my
do niej swoje. Wspomnę tylko, że taki chińczyk jak zacznie gadać to nie kończy,
wręcz wykrzykuje do Ciebie setki słów na minutę, a Ty stoisz, patrzysz i nie
masz zielonego pojęcia o co chodzi. Po kilku zdaniach Jacka i niewielkiej
pomocy pewnego kogoś kto nagle zjawił się i mówił po angielsku – dostałyśmy
pokoje!!! Wchodzę do mojego… hmm, gdybym nie była wcześniej w toruńskich
akademikach
to byłabym przerażona. Te nie są może najgorsze… ale super też nie
są. Tym bardziej gdy zobaczyłam kołdrę pod którą mam spać… Nie chcecie wiedzieć
jak wyglądała. Lepiej o tym nie opowiadać. No więc pokoje… mam pokój z
19-letnią dziewczyną z Indonezji. Dokładnie z Papua. Ma na imię
Ephin i wygląda
mniej więcej jak
Lilo z Lilo i Stich. Mała, pulchna i z ciemną karnacją.
Początki były straszne. Przerażenie związane z
pokojem, nie działające ogrzewanie, syf, jedzenie na mieście, lokale które
wyglądają gorzej niż stołówka budowana z żerdek na obozie harcerskim… i jeszcze
to, że Ephin nie zbyt dobrze mówi po angielsku. Ale wszystko powolutku się
ustabilizowało. W pokoju mam już w miarę ciepło. W momencie kiedy do niego
pierwszy raz weszłam było mi zimno nawet w grubej bluzie i rajstopach pod
spodniami. W sumie mogło to wynikać z mojego zmęczenia, jetlagu itd. Teraz jest
już ok. Kupiłam sobie też pościel, w której powiedzmy, że czuję się dobrze.
Jest piękna i to jest najważniejsze. Czuję się chociaż jak w łóżku, a nie jak w
syfie, którego boję się dotknąć, bo coś złapię albo spotkam jakiegoś robaka. Z
Ephin przeprowadziłam już nawet kilka dłuższych rozmów, chociaż ciężko idzie
no, ale mam nadzieję, że będzie lepiej. Opowiedziała mi o swojej rodzinie i o
Bali (tak, tak, ogarniam sobie miejscówę na wakacje ;D), a najlepsze jest to,
że dla niej tutaj jest drogo. Jak to usłyszałam to byłam szoku, ponieważ jak na Polskie zarobki to
codzienne życie w Chinach jest bardzo tanie. Jedno śniadanie na mieście
można
spokojnie zjeść za 5 zł i naprawdę się najeść. Ja np. wczoraj zjadłam
kolację
za 2,5 zł. Jadłam kurczaka w panierce smażonego na oleju. Może większy człowiek
niż ja (tzn szerszy :P) by się nie najadł, ale mi spokojnie starczyło. No więc
wracając do tego, że dla Ephin jest tutaj drogo… jak musi być u niej w
Indonezji?! Albo… jaki jest dochód jej rodziny skoro tutaj jest drogo?! :/
Bardzo mnie to przeraża, że istnieją kraje w których jest większy syf niż
tutaj. I że ludzie z tych krajów przyjeżdżają tutaj i cieszą się, że jest
luksus. Niestety… ja przyzwyczajona do ładnych wnętrz, jedzenia w lokalu gdzie
można zdjąć kurtkę, bo jest ciepło, do czystych ludzi i czystych pomieszczeń…
czuję się tutaj mocno nieswojo. Chociaż
coraz bardziej przywykam…
 |
| Polskie urządzenia mobilne kontra chińskie. |
 |
Moje łóżko. Zdjęcie miało być dla mamy,
żeby pochwalić się pościelą :P |
 |
W ciągu dnia bazarek na którym jemy jest pusty.
Wszystko rozkręca się około 16.00. |
 |
| Sklep "Wszystko i nic". |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz