środa, 12 lutego 2014

ready, steady, go!

       

            Zostało mi mniej więcej 14 godzin do wylotu. Czy jest stres? Praktycznie nie ma. Pewnie będę miała problemy z zaśnięciem, ale to raczej przez litr coli, który dziś wypiłam ;)
Pakowanie walizek było okropne. NIE DA SIĘ spakować porządnie na pół roku w jedną walizkę mającą ważyć 23 kg i w drugą, podręczną, 8 kg. Jeszcze ta 8 jest ok. Ale 23?!?!? Ledwo waciki wcisnęłam i już koniec. Ostatecznie totalnie nie brałam letnich ciuchów, nie mam żadnych letnich butów, nie mam połowy kosmetyków, które chciałam wziąć... i ograniczyłam się z biżuterią. Buty do biegania, leginsy, sportowy biustonosz i kostium kąpielowy oczywiście się zmieściły. Nie byłabym sobą gdybym nie odwiedziła basenu w Chinach ;D 
Niestety nie jestem w stanie do walizki wepchnąć więcej, niż pół litra wódki. Tzn... może i bym dała radę, bo walizki nie mam mocno wypchanej. Tyle tylko, że jej waga już jest wystarczająca i nie mogę dokładać więcej, bo boję się, że mi walizka na odprawie nie przejdzie. Jak to dziadek powiedział mi dziś przez telefon "Pokaż tym Chińczykom jak się pije!". Z półlitrową butelką dużo nie pokażę, ale w zupełności to wystarczy ;)

Co do pieniędzy... z tego co czytałam najlepiej wziąć dolary i w Chinach wymienić je na yuany. Nie mam pojęcia ile czasu minie, aż dostanę pierwsze stypendium. Lepiej być przygotowanym na różne okoliczności. 
"a dollar is what I need"  :P
          Podekscytowanie narasta z każdą chwilą, myślę o tym jak to będzie we Wiedniu na przesiadce, o tym co będę robić w samolocie, "wypożyczam" sobie właśnie kilka filmów z otchłani internetu, z dysku zewnętrznego wrzuciłam parę starych bajek Disneya (dzięki Szałek!), które uwielbiam. Obok mnie cały czas leży kartka na której co chwila zapisuję głupoty typu "nie zapomnieć o pomadce!" albo "jak się zmieści to wziąć poduszkę!". Półtora roku temu jak leciałam do pracy do UK to kupiłam sobie koc. Uwielbiałam go, był cieplutki i zajmował minimalną ilość miejsca. Idealny na podróże. Niestety zostawiłam go w Toruniu. Mówiąc o tym mamie, nie sądziłam, że zrobi cokolwiek... a ona parę godzin później przywiozła do domu nowiutki, cieplutki kocyk. Jest tylko jeden problem. Jest on RÓŻOWY... a w dodatku w serduszka! "Ja jebię" chciałoby się rzec. Ale mama chciała dobrze. Tak więc różowy kocyk leci ze mną do Chin, aby nadać mojemu wyjazdowi chociaż trochę domowego ciepła.   
          Strasznie jestem ciekawa tego co będzie jak już dolecę do Pekinu. Najchętniej nagrywałabym każdą sekundę wyjazdu. Już teraz wiem, że dziewczyny będą marudzić, że robię im co chwila zdjęcia :P Już chcę bardzo tam być! I zobaczyć czy na prawdę będę najwyższa na świecie!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz