poniedziałek, 17 lutego 2014

Ni hao Beijing!


           No to jesteśmy, wylądowałyśmy bardzo pięknie, bardzo ładnie, w bardzo mglistym (albo zaczadziałym) Pekinie. Wszystko zgodnie z planem. Wpuścili nas do kraju (woooho!). Jeszcze w samolocie troszkę zmusiłam się do snu. Przespałam około 4 godzin po czym obudziło mnie śniadanie czyli dziwna bułka z wędliną i serem. Zjadłam, ale była tak samo plastikowa jak obiad. Chociaż ciepła! :D
Po wylądowaniu naturalnie odbiór bagaży, łazienka, wymiana kasy na juany. Tak jak nas wszyscy ostrzegali podchodzili do nas ludzie na lotnisku, a to że wymienią nam kasę, a to że zawiozą taksówką. Kupiłyśmy kartę do telefonu (tutaj chyba zostałyśmy trochę oszukane, ale nie było innego miejsca do kupienia karty sim, której bardzo potrzebowałyśmy). Kupiłyśmy ją w końcu od babeczki która je sprzedawała :/ Weronika ogarnęła wcześniej dwóch chłopaków z couchsurfingu z którymi w razie czego miałyśmy się kontaktować, żeby przekimać dwie/trzy noce w Pekinie. Dodzwoniłyśmy się, koleś wysłał nam adres oczywiście po chińsku. Zero ogarnięcia, poszłyśmy na parking dla taksówek po czym od razu podleciał do nas koleś i patrząc na adres pod który mamy pojechać rzucił „600 yuanów”. Dobrze, że wcześniej w jakimś punkcie dla turystów zorientowałyśmy się jak daleko to jest i ile będzie trzeba zapłacić, bo kilka chwil później próbowałyśmy dogadać się z „normalnym” taksówkarzem czy zawiezie nas za 100 yuanów. Szkoda, że tego nie nagrałam. Darł się do nas po chińsku jakbyśmy cokolwiek rozumiały. My zielone, one zielony (albo raczej żółty ;)), nikt nic nie wie. Na szczęście podeszło do nas dwóch ochroniarzy, którzy mówili po angielsku. Trochę nam pomogli, ale zanim pomogli, wszyscy trzej chińczycy przekrzykiwali się, a ja stojąc z walizką nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Jak na bazarze! Albo jak na stadionie dziesięciolecia jeśli ktokolwiek z Was pamięta. No, ale dobra, w końcu się udało, walizki spakowane, my w taksówce. Jechałyśmy nią około 40 minut. Zapłaciłyśmy 110 yuanów. Mogłyśmy dać 100, ale już stwierdziłyśmy, że damy pierwszej i ostatniej tutaj osobie napiwek. Niech się cieszy z Polaczków. Po 40 minutach byłyśmy pod pracą naszego coucha. Wyszedł do nas i powiedział „ufam Wam, daję wam klucze do mieszkania, taksówka Was zabierze”. Hmmm… nieźle! No to pojechałyśmy. 10 minut i byłyśmy na miejscu. Weszłyśmy do budynku, znalazłyśmy klatkę, windę, jedziemy na górę, wchodzimy do mieszkania, a tam co? PUSTO. Dosłownie. Zero łóżka, zero jakichkolwiek mebli, my przerażone. O CO CHODZI?! Dzwonimy do gościa, a on że w mieszkaniu powinna być kanapa i stolik i dywan, i że mieszkanie w którym jesteśmy na pewno nie jest jego. W tym mieszkaniu zdecydowanie nie było NIC. Szybko stamtąd uciekłyśmy twierdząc, że lepiej uciekać, żebyśmy nie miały problemu jakiegoś. (Weronika: Jak opiszesz w blogu, że stoję teraz i czyszczę kurtkę!!!! Ja: To co? W: To nic! Na razie! :P)

I jak tu nie dostać zawału?!



Wracając do mieszkania. Okazało się, że klatki A i B były łączone. Skręciłyśmy po prostu w złą stronę i trafiłyśmy do mieszkania 903 w klatce B, a nie w klatce A. Dotarłyśmy na miejsce no i rzeczywiście jest kanapa, jest dywan. Wszystko tak jak być powinno. Nawet kibel na pilota. Taki jak na stacjach benzynowych przy autostradach :P Jest całkiem spoko, będzie ok. ;D Dzisiaj zamierzamy jechać po bilety do Hefei i trochę tutaj pozwiedzać. Jak na razie nie mam Internetu, bo nawet nie wiem czy ten chłopak ma tutaj wifi.

Widok z okna

Widok z taksówki. Budynek CCTV (KLIK)






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz