No to jesteśmy, wylądowałyśmy bardzo pięknie, bardzo ładnie,
w bardzo mglistym (albo zaczadziałym) Pekinie. Wszystko zgodnie z planem.
Wpuścili nas do kraju (woooho!). Jeszcze w samolocie troszkę zmusiłam się do
snu. Przespałam około 4 godzin po czym obudziło mnie śniadanie czyli dziwna
bułka z wędliną i serem. Zjadłam, ale była tak samo plastikowa jak obiad.
Chociaż ciepła! :D
Po wylądowaniu naturalnie odbiór bagaży, łazienka, wymiana
kasy na juany. Tak jak nas wszyscy ostrzegali podchodzili do nas ludzie na
lotnisku, a to że wymienią nam kasę, a to że zawiozą taksówką. Kupiłyśmy kartę
do telefonu (tutaj chyba zostałyśmy trochę oszukane, ale nie było innego
miejsca do kupienia karty sim, której bardzo potrzebowałyśmy). Kupiłyśmy ją w
końcu od babeczki która je sprzedawała :/ Weronika ogarnęła wcześniej dwóch
chłopaków z couchsurfingu z którymi w razie czego miałyśmy się kontaktować,
żeby przekimać dwie/trzy noce w Pekinie. Dodzwoniłyśmy się, koleś wysłał nam
adres oczywiście po chińsku. Zero ogarnięcia, poszłyśmy na parking dla taksówek
po czym od razu podleciał do nas koleś i patrząc na adres pod który mamy
pojechać rzucił „600 yuanów”. Dobrze, że wcześniej w jakimś punkcie dla
turystów zorientowałyśmy się jak daleko to jest i ile będzie trzeba zapłacić,
bo kilka chwil później próbowałyśmy dogadać się z „normalnym” taksówkarzem czy
zawiezie nas za 100 yuanów. Szkoda, że tego nie nagrałam. Darł się do nas po
chińsku jakbyśmy cokolwiek rozumiały. My zielone, one zielony (albo raczej
żółty ;)), nikt nic nie wie. Na szczęście podeszło do nas dwóch ochroniarzy,
którzy mówili po angielsku. Trochę nam pomogli, ale zanim pomogli, wszyscy
trzej chińczycy przekrzykiwali się, a ja stojąc z walizką nie mogłam
powstrzymać się od śmiechu. Jak na bazarze! Albo jak na stadionie
dziesięciolecia jeśli ktokolwiek z Was pamięta. No, ale dobra, w końcu się
udało, walizki spakowane, my w taksówce. Jechałyśmy nią około 40 minut.
Zapłaciłyśmy 110 yuanów. Mogłyśmy dać 100, ale już stwierdziłyśmy, że damy
pierwszej i ostatniej tutaj osobie napiwek. Niech się cieszy z Polaczków. Po 40
minutach byłyśmy pod pracą naszego coucha. Wyszedł do nas i powiedział „ufam
Wam, daję wam klucze do mieszkania, taksówka Was zabierze”. Hmmm… nieźle! No to
pojechałyśmy. 10 minut i byłyśmy na miejscu. Weszłyśmy do budynku, znalazłyśmy
klatkę, windę, jedziemy na górę, wchodzimy do mieszkania, a tam co? PUSTO.
Dosłownie. Zero łóżka, zero jakichkolwiek mebli, my przerażone. O CO CHODZI?! Dzwonimy do gościa, a on że w mieszkaniu powinna być kanapa i stolik i dywan, i
że mieszkanie w którym jesteśmy na pewno nie jest jego. W tym mieszkaniu
zdecydowanie nie było NIC. Szybko stamtąd uciekłyśmy twierdząc, że lepiej
uciekać, żebyśmy nie miały problemu jakiegoś. (Weronika: Jak opiszesz w blogu,
że stoję teraz i czyszczę kurtkę!!!! Ja: To co? W: To nic! Na razie! :P)
![]() |
| I jak tu nie dostać zawału?! |
Wracając do mieszkania. Okazało się, że klatki A i B były
łączone. Skręciłyśmy po prostu w złą stronę i trafiłyśmy do mieszkania 903 w
klatce B, a nie w klatce A. Dotarłyśmy na miejsce no i rzeczywiście jest
kanapa, jest dywan. Wszystko tak jak być powinno. Nawet kibel na pilota. Taki
jak na stacjach benzynowych przy autostradach :P Jest całkiem spoko, będzie ok.
;D Dzisiaj zamierzamy jechać po bilety do Hefei i trochę tutaj pozwiedzać. Jak
na razie nie mam Internetu, bo nawet nie wiem czy ten chłopak ma tutaj wifi.
![]() |
| Widok z okna |
![]() |
| Widok z taksówki. Budynek CCTV (KLIK) |



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz