poniedziałek, 17 lutego 2014

CZWARTE NIEBO


Gdy siedziałam już tak w tym wielkim beoingu (tak to się pisze?!), patrzyłam na olbrzymie skrzydła i zastanawiałam się jak to możliwe, że tak wielki moloch wznosi się w powietrze. Przecież to jest olbrzym! Ile siły trzeba, żeby to się wzniosło, a co dopiero doleciało do CHIN?! Jest to dla mnie totalnie nie wyobrażalne.
Po lotach mniejszymi samolotami miałam wrażenie, że samolot do Chin wystartuje tak, że nawet nie poczuję, że się wznosimy. I praktycznie tak też było! Wzniosłam się w niebo po raz czwarty w życiu. Adrenalinka podskoczyła mi tylko w momencie kiedy na samym początku wszystko się włączyło i ruszyliśmy po pasie startowym. Potem jak już jechaliśmy i jak się wznosiliśmy prawie nic nie czułam. Fizycznie oczywiście. W sercu miałam uczucia tak skrajne, że aż przerażające. Nienawidzę takiej mojej wrażliwości. No ale wznoszenie się w powietrze jest dla mnie tak cudownym momentem, że aż się popłakałam. Zobaczyłam (już po zmroku) oświetlnone ulice, domy, budynki po czym zaczęliśmy wlatywać w chmury które były jeszcze piękniejsze. W pewnym momencie widziałam na górze księżyc i gwiazdy a poniżej chmury przez które przebijały się oświetlone austriackie miasteczka. Piękno samo w sobie. Chyba nic mnie tak nie wzrusza jak bycie „w niebie”.

Ten widok zastał mnie, gdy się obudziłam. Miałam wrażenie, że to sen. 
W poprzednim locie było trochę więcej adrenaliny związanej po prostu z jakością i wielkością samolotu. Było głośno, wszystko się trzęsło, czułam jakby samolot miał się zaraz rozpaść. Ale cieszyłam się jak dziecko! Ledwo siedziałam w fotelu z tej ekscytacji! :D Naprawdę było wspaniale! Gdy z oczu zniknęła nam warszawa, wlecieliśmy w białe chmury! Wtedy to dopiero było jak w niebie!

Pamiętam jak pierwszy raz leciałam samolotem, wtedy też się prawie popłakałam. Leciałam sama, byłam na maksa zdenerwowana, a jak poczułam, że lecę, zobaczyłam jak wlatuję w chmurach to nerwy totalnie odpuściły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz