Gdy siedziałam już tak w tym wielkim beoingu (tak to się
pisze?!), patrzyłam na olbrzymie skrzydła i zastanawiałam się jak to możliwe,
że tak wielki moloch wznosi się w powietrze. Przecież to jest olbrzym! Ile siły
trzeba, żeby to się wzniosło, a co dopiero doleciało do CHIN?! Jest to dla mnie
totalnie nie wyobrażalne.
Po lotach mniejszymi samolotami miałam wrażenie, że samolot
do Chin wystartuje tak, że nawet nie poczuję, że się wznosimy. I praktycznie
tak też było! Wzniosłam się w niebo po raz czwarty w życiu. Adrenalinka
podskoczyła mi tylko w momencie kiedy na samym początku wszystko się włączyło i
ruszyliśmy po pasie startowym. Potem jak już jechaliśmy i jak się wznosiliśmy
prawie nic nie czułam. Fizycznie oczywiście. W sercu miałam uczucia tak
skrajne, że aż przerażające. Nienawidzę takiej mojej wrażliwości. No ale
wznoszenie się w powietrze jest dla mnie tak cudownym momentem, że aż się
popłakałam. Zobaczyłam (już po zmroku) oświetlnone ulice, domy, budynki po czym
zaczęliśmy wlatywać w chmury które były jeszcze piękniejsze. W pewnym momencie
widziałam na górze księżyc i gwiazdy a poniżej chmury przez które przebijały
się oświetlone austriackie miasteczka. Piękno samo w sobie. Chyba nic mnie tak
nie wzrusza jak bycie „w niebie”.
![]() |
| Ten widok zastał mnie, gdy się obudziłam. Miałam wrażenie, że to sen. |
W poprzednim locie było trochę więcej adrenaliny związanej
po prostu z jakością i wielkością samolotu. Było głośno, wszystko się trzęsło,
czułam jakby samolot miał się zaraz rozpaść. Ale cieszyłam się jak dziecko!
Ledwo siedziałam w fotelu z tej ekscytacji! :D Naprawdę było wspaniale! Gdy z
oczu zniknęła nam warszawa, wlecieliśmy w białe chmury! Wtedy to dopiero było
jak w niebie!
Pamiętam jak pierwszy raz leciałam samolotem, wtedy też się
prawie popłakałam. Leciałam sama, byłam na maksa zdenerwowana, a jak poczułam,
że lecę, zobaczyłam jak wlatuję w chmurach to nerwy totalnie odpuściły.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz