Na pierwsze chińskie jedzenie wybrałyśmy się z dziewczynami
jeszcze w Pekinie. Usiadłyśmy w lokalu, wybrałyśmy 4 dania. Karta zawierała
zdjęcia potraw, więc nie było to dosłownie na chybił trafił, ale i tak nie
wiedziałyśmy co zamawiamy. Jedzenie dostałyśmy po mniej więcej pół godziny.
Wszystkie 4 dania były obrzydliwe, nie zjadłam praktycznie nic. Odruch
wymiotny, glutowatość jedzenia, dziwne smaki… stwierdziłam, że chyba tutaj umrę
z głodu.
Kolejna próba była już następnego dnia pod okiem dwóch
Chinek, które pokazały nam co możemy zjeść. Oczywiście był w tym wszystkim
przekręt, bo zapłaciłyśmy za jedzenie dużo za dużo. Dopiero po całym spotkaniu
z tymi dziewczynami stwierdziłam, że wszystko było ustawione. Czytałam o tym
już wcześniej. Szłyśmy sobie w okolicach Muzeum Narodowego w Pekinie, nagle
złapały nas jakieś dziewczyny i zaczeły gadać. O tym co tutaj robią, skąd my
jesteśmy blablabla. My bardzo głodne spytałyśmy ich same czy nie znają jakiegoś
miejsca Powiedziały, że możemy poszukać… nagle gdzieś weszłyśmy, potem
zafascynowane tym, że jedzenie zajebiste siedziałyśmy i piłyśmy z nimi herbatę…
no i się okazało, że musimy zapłacić duuużo za dużo. Klasyczna ustawka z
lokalem, do którego Chinki mają ściągać turystów. No i dałyśmy się zrobić w jajo.
Cóż, człowiek uczy się na własnych błędach.
Wracając do jedzenia – kolejne posiłki jadłam już w Hefei.
Jacek i Ola ogarniają tutaj co jeść, a czego nie, więc było zdecydowanie łatwiej.
Pierwsza opcja – grill. Oczywiście na ulicy. Podchodzi się do wielkiego stołu, który zastawiony jest najróżniejszymi szaszłykami. Od tofu, przez warzywa, po
mięsko, ryby, chleb i bakłażana.
Wiedząc, że pewnie połowa mi nie będzie
smakowała, wzięłam tylko kilka. Najlepsze jest to, że podchodzimy z tymi wybranymi rzeczami do grilla, dajemy je chińczykowi, a on skubany pamięta kto co brał i kładzie wszystko razem!!! Nie wiem, jak to jest możliwe, ale wszyscy dostaliśmy na tackach dokładnie to co chcieliśmy.
![]() |
| przed |
![]() |
| i po (chleb, fasolka,cebula i chyba tofu) |
A jak wrażenia?
Mięso super, fasolka fantastyczna, grzyby takie
sobie, chleb rewelacyjny, głony – jak to glony… glonowate. Za pierwszym razem
nadal towarzyszył mi odruch wymiotny podczas jedzenia. Przez to do jakiego
jedzenia jesteśmy przyzwyczajeni. I przez to w jakich warunkach jemy, jedzenie
tutaj staje się jedną wielką porażką. Wszystko co tutaj całkiem nieźle smakuje,
ma konsystencję gluta, wygląda brzydko, często śmierdzi, jest strasznie tłuste.
Np. w Polsce nigdy w życiu nie spróbowałabym mięsa, które jadłam tutaj z grilla.
A tu… jako, że coś muszę jeść i jakiejś składniki odżywcze dostarczać
organizmowi, to muszę przełknąć L
Pierwszy dni pod tym względem były tragiczne. Dwa posiłki dziennie, w
większości nie dojedzone i wieczne poczucie obrzydliwości.
Na szczęście, teraz jest już lepiej. Mam nawet jakieś 4
ulubione rzeczy do jedzenia. Jednego dnia poszliśmy na obiad na coś w stylu
bazarku z jedzeniem. Oczywiście, wszystko to stoiska z makaronami, ryżami,
grillami itd. Najlepsze na świecie kurczaki spotkałam właśnie tam. 5 juanow i
jestem najedzona małymi kawałkami kurczaka w panierce.
Więcej o jedzeniu później, bo jest tutaj tyle jedzenia, że
nie sposób wszystko opisac ;D
![]() |
| Jacek i Ola |






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz